Szymla wie lepiej
Społeczno-polityczny blog opiniotwórczy "Właśnie po to między innymi są blogi: żeby siać zamęt. Kontrowersje dobrze się sprzedają" ~ Jeffery Deaver [w:] "Przydrożne krzyże"
wtorek, 12 listopada 2013
środa, 4 września 2013
Nowoczesność - cichy zabójca kina
W tych czasach najbardziej kasowe produkcje filmowe to zlepek wszystkich możliwych wizji przyszłości. Od zagłady ludzkości za pomocą obcych związków chemicznych, ataku najeźdźców z kosmosu, walk ras, a na piosenkach Pet Shop Boys kończąc. Czy kino fabularne odchodzi do lamusa?
Musi się dziać, muszą być wybuchy, bronie o skomplikowanych nazwach, potężny wróg, oraz garstka (albo nawet nie) osób, które muszą uratować ludzkość przed wyginięciem. Kino staje się nudne, jeżeli repertuar opiera się na produkcjach w głównej mierze futurystycznych. Powoli dajemy się przekonać, że filmy zmieniają się razem z nami, a od głównego nurtu często nie znajdziemy wybawienia. Jedyną zaletą takiego obrotu sprawy jest zaniechanie dalszych ekranizacji powieści Pani Grocholi, która, chociaż spod jej pióra powstają dość przyzwoite powieści, wydaje się być głucha i ślepa wobec totalnie przesłodzonych i momentami fatalnych filmów na kanwie jej książek. Scenarzyści karmią nas banalnymi historyjkami, cholernie przewidywalnymi, w których głównymi bohaterami nie są nazwiska aktorów na liście płac, lecz - a jakżeby inaczej - miłość. Ale z czasem lepiej jest obejrzeć polską pościelówę, niż po wtóry raz wybrać się do kina na rozwalankę z walką o życie ludzkości w tle. Osobiście za jedyny film powstały w XXI wieku, który godnie reprezentuje gatunek science fiction uważam disneyowską baję "WALL-E". Tylko te dialogi jakieś słabe...
Od jakiegoś czasu jesteśmy zalewani filmami o tematyce "ludzkość jest w niebezpieczeństwie w roku 2361, naszą ostatnią nadzieją jest jeden człowiek...", a zupełną niszą stają się dramaty, którymi karmi nas chociażby Polsat, w przerwie reklam. Nie mówię tu o "Pulp Fiction", którego domniemanego geniuszu najnormalniej w świecie nie zrozumiałem. Może nie potrafię dostrzec niczego nadzwyczajnego w historii o dwóch gangsterach, z czego jeden przypomina sobie tam swoją rolę w "Grease" na parkiecie w klubie, a gra toczy się o tajemniczy czarny neseser. Może nie dorosłem do tego rodzaju poczucia humoru. Może wymagam od filmu czegoś więcej, niż tylko światowej sławy nazwiska reżysera. Może jestem ignorantem i idiotą - to już pozostawiam do rozstrzygnięcia Czytelnikowi.
Albo tak lansowana pozycja, jaką jest "Trzy metry nad niebem", w której śródziemnomorskie ciacho, rodzaj osłodzonego bad boya jeżdżącego na fajnym motorze, nagle zakochuje się w dziewczynie tak przeciętnej, jak Marcin Najman. No, popłakałem się, toż to piękna historia, której nikt by nie wymyślił. Przepraszam najmocniej, ale film o kolesiu w czarnym podkoszulku, który traktuje kobiety z mniejszym szacunkiem, niż ja cyganów, w dodatku nie mającym w ogóle oczu, gdy się uśmiecha, całkowicie do mnie nie trafia.
Był "Avatar". Był "Transformers". Teraz jeszcze jakieś "Elisium", czy inne strzelanki w kosmosie z Valem Kilmerem, ło Jezu. Gdybym miał wymienić historyczny epizod, którego nazwa nawiązuje do tych tytułów, na myśl przychodzi mi tylko nihil novi. Albo Holocaust.
Ostatnio obejrzałem norweskie "Polowanie" z moim ulubionym Madsem Mikkelsenem. Film nie był nawet w połowie tak napompowany medialnie jak "Avatar", ale gdybym na bezludnej wyspie miał dwa filmy na dvd, to poza "The Very Best of Brazzers", wziąłbym ten pierwszy. Z pudełka od "Avatara" zrobiłbym deskę do prasowania, a z płyty lusterko. Żałuję, że do kin chodzi się teraz na filmy (tu zbereźnicy postawiliby kropkę) science fiction, a nie na małe, skromne dramaty, sensacje i komedie. Przytłoczeni potworami, kosmitami, laserami i reklamami podpasek z aloesowym paskiem, dalej jesteśmy karmieni futurystyczną papką o nikłym przesłaniu. I wciąż sobie na to pozwalamy.
W Polsce są jeszcze tacy ludzie jak Pan Wojciech Smarzowski, który nie ubarwia, nie przyprawia, ani nie urozmaica - jest Mariuszem Max Kolonko polskiego filmu - pokazuje, jak jest. Gdy mój bliski znajomy, Michał, powiedział w prywatnej rozmowie, że nie rozumie "Drogówki", w moim mózgu powstał obraz człowieka, który nie rozumie słów dłuższych, niż dwie sylaby. Smarzowski ma dar prostego przekazywania skomplikowanych problemów, jeżeli ktoś ma je podane na tacy, a wciąż ich nie pojmuje, to już chyba nigdy nie osiągnie dwucyfrowego wyniku na testach IQ.
Smutek i rozgoryczenie bierze, gdy w kinowym repertuarze brylują same produkcje, które kręcono na zielonym ekranie, a potem nałożono komputerowe efekty. Chciałbym jeszcze kiedyś obejrzeć dobry dramat, komedię, czy sensację, może nawet na kanwie powieści Deavera, czy Ludluma. Chyba sam się za to wezmę, jak tylko zacznę zarabiać więcej, niż najniższą krajową.
Musi się dziać, muszą być wybuchy, bronie o skomplikowanych nazwach, potężny wróg, oraz garstka (albo nawet nie) osób, które muszą uratować ludzkość przed wyginięciem. Kino staje się nudne, jeżeli repertuar opiera się na produkcjach w głównej mierze futurystycznych. Powoli dajemy się przekonać, że filmy zmieniają się razem z nami, a od głównego nurtu często nie znajdziemy wybawienia. Jedyną zaletą takiego obrotu sprawy jest zaniechanie dalszych ekranizacji powieści Pani Grocholi, która, chociaż spod jej pióra powstają dość przyzwoite powieści, wydaje się być głucha i ślepa wobec totalnie przesłodzonych i momentami fatalnych filmów na kanwie jej książek. Scenarzyści karmią nas banalnymi historyjkami, cholernie przewidywalnymi, w których głównymi bohaterami nie są nazwiska aktorów na liście płac, lecz - a jakżeby inaczej - miłość. Ale z czasem lepiej jest obejrzeć polską pościelówę, niż po wtóry raz wybrać się do kina na rozwalankę z walką o życie ludzkości w tle. Osobiście za jedyny film powstały w XXI wieku, który godnie reprezentuje gatunek science fiction uważam disneyowską baję "WALL-E". Tylko te dialogi jakieś słabe...
Od jakiegoś czasu jesteśmy zalewani filmami o tematyce "ludzkość jest w niebezpieczeństwie w roku 2361, naszą ostatnią nadzieją jest jeden człowiek...", a zupełną niszą stają się dramaty, którymi karmi nas chociażby Polsat, w przerwie reklam. Nie mówię tu o "Pulp Fiction", którego domniemanego geniuszu najnormalniej w świecie nie zrozumiałem. Może nie potrafię dostrzec niczego nadzwyczajnego w historii o dwóch gangsterach, z czego jeden przypomina sobie tam swoją rolę w "Grease" na parkiecie w klubie, a gra toczy się o tajemniczy czarny neseser. Może nie dorosłem do tego rodzaju poczucia humoru. Może wymagam od filmu czegoś więcej, niż tylko światowej sławy nazwiska reżysera. Może jestem ignorantem i idiotą - to już pozostawiam do rozstrzygnięcia Czytelnikowi.
Albo tak lansowana pozycja, jaką jest "Trzy metry nad niebem", w której śródziemnomorskie ciacho, rodzaj osłodzonego bad boya jeżdżącego na fajnym motorze, nagle zakochuje się w dziewczynie tak przeciętnej, jak Marcin Najman. No, popłakałem się, toż to piękna historia, której nikt by nie wymyślił. Przepraszam najmocniej, ale film o kolesiu w czarnym podkoszulku, który traktuje kobiety z mniejszym szacunkiem, niż ja cyganów, w dodatku nie mającym w ogóle oczu, gdy się uśmiecha, całkowicie do mnie nie trafia.
Był "Avatar". Był "Transformers". Teraz jeszcze jakieś "Elisium", czy inne strzelanki w kosmosie z Valem Kilmerem, ło Jezu. Gdybym miał wymienić historyczny epizod, którego nazwa nawiązuje do tych tytułów, na myśl przychodzi mi tylko nihil novi. Albo Holocaust.
Ostatnio obejrzałem norweskie "Polowanie" z moim ulubionym Madsem Mikkelsenem. Film nie był nawet w połowie tak napompowany medialnie jak "Avatar", ale gdybym na bezludnej wyspie miał dwa filmy na dvd, to poza "The Very Best of Brazzers", wziąłbym ten pierwszy. Z pudełka od "Avatara" zrobiłbym deskę do prasowania, a z płyty lusterko. Żałuję, że do kin chodzi się teraz na filmy (tu zbereźnicy postawiliby kropkę) science fiction, a nie na małe, skromne dramaty, sensacje i komedie. Przytłoczeni potworami, kosmitami, laserami i reklamami podpasek z aloesowym paskiem, dalej jesteśmy karmieni futurystyczną papką o nikłym przesłaniu. I wciąż sobie na to pozwalamy.
W Polsce są jeszcze tacy ludzie jak Pan Wojciech Smarzowski, który nie ubarwia, nie przyprawia, ani nie urozmaica - jest Mariuszem Max Kolonko polskiego filmu - pokazuje, jak jest. Gdy mój bliski znajomy, Michał, powiedział w prywatnej rozmowie, że nie rozumie "Drogówki", w moim mózgu powstał obraz człowieka, który nie rozumie słów dłuższych, niż dwie sylaby. Smarzowski ma dar prostego przekazywania skomplikowanych problemów, jeżeli ktoś ma je podane na tacy, a wciąż ich nie pojmuje, to już chyba nigdy nie osiągnie dwucyfrowego wyniku na testach IQ.
Smutek i rozgoryczenie bierze, gdy w kinowym repertuarze brylują same produkcje, które kręcono na zielonym ekranie, a potem nałożono komputerowe efekty. Chciałbym jeszcze kiedyś obejrzeć dobry dramat, komedię, czy sensację, może nawet na kanwie powieści Deavera, czy Ludluma. Chyba sam się za to wezmę, jak tylko zacznę zarabiać więcej, niż najniższą krajową.
poniedziałek, 2 września 2013
Etykieta etykietek na ubraniach
Dzisiaj kolejne rzesze uczniów wybrały się po dwumiesięcznej przerwie do placówek oświaty. Jadąc do pracy i oglądając ich na chodniku, zauważyłem pewną prawidłowość: otóż chłopcy traktują dzisiejszy dzień jako ordynarną przykrość po wakacjach, przyodziani w zwykły zestaw ubrań, choć najchętniej wbiliby się w czerń, na znak żałoby. Bynajmniej nie z okazji 74. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Dla nich to po prostu kolejny dzień, który trzeba było rozpocząć od porannego papierosa- wszak mają już po 14 lat, więc są tak dojrzali, jak tylko można- na przywitanie ze współziomkami wykorzystali limit słów na "k", "p", i "ch", jaki ich rodzice zużyli przez całe życie, a ich pociechy zaledwie na powitanie. Grupy młodych-gniewnych w wymiętych koszulach- bowiem nie każdy miał to szczęście narodzić się z matki lubiącej prasować- kroczą dumnie, właściwie nie zwracając na siebie uwagi, gdyby nie kilkusekundowe przerwy na wyplucie zbędnego kleksa śliny na chodnik.
Dziewczynki tymczasem to prawdziwy rarytas dla onanistów i kryptopedofilów. Tu już nie może być mowy o jeansach i bluzce, o nie! Cóż pomyślałyby o nich koleżanki, gdyby nie założyły drogo wyglądającej, kusej sukienki, którą kupili rodzice przy granicy z Ukrainą? Znaczek Franco Feruzzi, czy innego Antonio Banderasa musi być widoczny, chociażby wykonany był nie przez włoski koncern odzieżowy, ale przez zwinne, chińskie rączki w prowincji Na Hui Ci To. Nogi trzeba pokazać, choćby za cenę przeziębienia, bowiem poniedziałkowy poranek do najcieplejszych nie należał. A już największą hańbą do czwartego pokolenia do przodu okryła swój ród ta Angelika z 3b, która założyła balerinki! Przecież to jasne, że jeżeli idzie się gdzieś, gdzie będą "chłopacy", wręcz całe ich stado, wygłodniałych, seksoholicznych, ociekających popędem i napakowanych potencją kogucików z włoskami na żel i z bratem w wyższej klasie- trzeba założyć szpilki. Chociażby po to, żeby zrobić z koleżankami zdjęcia, i zebrać od płci przeciwnej tysiąc lajków na facebooku.
Czasami wydaje mi się, że kobiety mają tendencję do ubierania się na siłę- facet może bez wyrzutów sumienia założyć paskowaną koszulkę i krótkie spodnie w kratkę, a do tego lakierki i białe skarpety. Czy to grzech ubierać się wygodnie? Właściwie, to ostatnimi czasy, owszem. Kobiety muszą być śliczne- chociaż chód w wysokich obcasach przypomina ostatni powrót mojego kumpla, Karola, do domu, po zakrapianej imprezie. Chociaż siedząc, nie potrafią zakryć swojej bielizny nogami, to trzeba się tak ubrać. Albo się zwraca na siebie uwagę ubiorem (bo w większości przypadków nie da się niczym innym), albo zostaje się zdegradowaną do trzeciej ligii klasowych "ślicznotek", razem z tą Klementyną z wystającą górną szczęką i Oliwią z wyjątkowo szpetnym ryjem.
Moją kobietę zaczepił wczoraj pewien koleś, który dla jej nóg (swoją drogą niesamowitych) zatrzymał samochód na prawym pasie, i podbiegł do niej, zalewając potokiem propozycji. Może nie należały one do odważnych i sprośnych, niemniej jednak w takim momencie wolałbym, żeby w pobliżu znaleźli się kibice Ruchu Chorzów. Przecież to tak trudno dać sobie spokój po trzeciej odmowie, prawda?
Nie mówię, że to źle chodzić w sukienkach, wysokich obcasach, wręcz przeciwnie- jest to bardzo pożądane. W powyższym felietonie chciałbym jednak zwrócić uwagę na czynniki, które powodują kobietami, ażeby przyodziać tunikę, a nie spodnie, podczas kiedy facet może chodzić w jednej koszulce nawet cały tydzień. Albo cztery dni w jednych bokserkach- patent prowadzącego brytyjski program Top Gear, Jeremy'ego Clarksona- pierwszy dzień zakładasz normalnie, drugi tyłem na przód, trzeci na lewą stronę, czwarty na lewą stronę odwrotnie.
Kobiecość rządzi się zupełnie innymi prawami, bo choć walka o przywództwo w stadzie od zawsze była męską przywarą, coraz częściej staje się ona ambicjami kobiecymi, by przynajmniej swoim strojem manifestować wyższość idei mojszej, nad inszą. Mężczyzna lubi ładnie się ubrać, ale nie musi. Kobieta musi, choć nie zawsze lubi. I niczym jing i jang, dopasowujemy się do siebie, bowiem jedna płeć bez drugiej funkcjonować nie może. Ale zawsze tylko jedna z nich myśli logicznie przy doborze garderoby.
Dziewczynki tymczasem to prawdziwy rarytas dla onanistów i kryptopedofilów. Tu już nie może być mowy o jeansach i bluzce, o nie! Cóż pomyślałyby o nich koleżanki, gdyby nie założyły drogo wyglądającej, kusej sukienki, którą kupili rodzice przy granicy z Ukrainą? Znaczek Franco Feruzzi, czy innego Antonio Banderasa musi być widoczny, chociażby wykonany był nie przez włoski koncern odzieżowy, ale przez zwinne, chińskie rączki w prowincji Na Hui Ci To. Nogi trzeba pokazać, choćby za cenę przeziębienia, bowiem poniedziałkowy poranek do najcieplejszych nie należał. A już największą hańbą do czwartego pokolenia do przodu okryła swój ród ta Angelika z 3b, która założyła balerinki! Przecież to jasne, że jeżeli idzie się gdzieś, gdzie będą "chłopacy", wręcz całe ich stado, wygłodniałych, seksoholicznych, ociekających popędem i napakowanych potencją kogucików z włoskami na żel i z bratem w wyższej klasie- trzeba założyć szpilki. Chociażby po to, żeby zrobić z koleżankami zdjęcia, i zebrać od płci przeciwnej tysiąc lajków na facebooku.
Czasami wydaje mi się, że kobiety mają tendencję do ubierania się na siłę- facet może bez wyrzutów sumienia założyć paskowaną koszulkę i krótkie spodnie w kratkę, a do tego lakierki i białe skarpety. Czy to grzech ubierać się wygodnie? Właściwie, to ostatnimi czasy, owszem. Kobiety muszą być śliczne- chociaż chód w wysokich obcasach przypomina ostatni powrót mojego kumpla, Karola, do domu, po zakrapianej imprezie. Chociaż siedząc, nie potrafią zakryć swojej bielizny nogami, to trzeba się tak ubrać. Albo się zwraca na siebie uwagę ubiorem (bo w większości przypadków nie da się niczym innym), albo zostaje się zdegradowaną do trzeciej ligii klasowych "ślicznotek", razem z tą Klementyną z wystającą górną szczęką i Oliwią z wyjątkowo szpetnym ryjem.
Moją kobietę zaczepił wczoraj pewien koleś, który dla jej nóg (swoją drogą niesamowitych) zatrzymał samochód na prawym pasie, i podbiegł do niej, zalewając potokiem propozycji. Może nie należały one do odważnych i sprośnych, niemniej jednak w takim momencie wolałbym, żeby w pobliżu znaleźli się kibice Ruchu Chorzów. Przecież to tak trudno dać sobie spokój po trzeciej odmowie, prawda?
Nie mówię, że to źle chodzić w sukienkach, wysokich obcasach, wręcz przeciwnie- jest to bardzo pożądane. W powyższym felietonie chciałbym jednak zwrócić uwagę na czynniki, które powodują kobietami, ażeby przyodziać tunikę, a nie spodnie, podczas kiedy facet może chodzić w jednej koszulce nawet cały tydzień. Albo cztery dni w jednych bokserkach- patent prowadzącego brytyjski program Top Gear, Jeremy'ego Clarksona- pierwszy dzień zakładasz normalnie, drugi tyłem na przód, trzeci na lewą stronę, czwarty na lewą stronę odwrotnie.
Kobiecość rządzi się zupełnie innymi prawami, bo choć walka o przywództwo w stadzie od zawsze była męską przywarą, coraz częściej staje się ona ambicjami kobiecymi, by przynajmniej swoim strojem manifestować wyższość idei mojszej, nad inszą. Mężczyzna lubi ładnie się ubrać, ale nie musi. Kobieta musi, choć nie zawsze lubi. I niczym jing i jang, dopasowujemy się do siebie, bowiem jedna płeć bez drugiej funkcjonować nie może. Ale zawsze tylko jedna z nich myśli logicznie przy doborze garderoby.
sobota, 16 marca 2013
List otwarty w imieniu Narodu Polskiego cz. I
Szanowni Rządzący Najjaśniejszą Rzeczpospolitą!
Umieramy. Z głodu, z zapracowania, z nerwów, z chorób, z uzależnień. Niedługo już nie będziecie mieli kim władać, poza prezesami firm, właścicielami aptek i banków. Jeżeli nas zabraknie, to wy będziecie następni, bowiem bez klasy niższej i średniej nie wytworzycie dostatecznego PKB.
Studiuję kierunek pozornie bez przyszłości- politologię. Tę samą, która naucza o mechanizmach rządzących krajem, tę samą, która opiera swoje założenia na historii całego świata, tę samą, która znajduje złote środki na kryzysy w oparciu o wiedzę poprzednich pokoleń. Tę samą, która utożsamiana jest z bezrobociem, przez ludzi takich jak wy- wielkich historyków, prawników i ekonomistów, którzy trwonią wszystko to, czego się nauczyli, którzy marnują każdy nasz sukces. Macie po 40-50 lat, niby kieruje wami doświadczenie, a ja- jako gówniarz- mam więcej do powiedzenia o funkcjonowaniu Polski niż wy. Pewnie po studiach zasilę szeregi jednej z restauracji fast food, a w głowie wciąż będę miał prosty plan naprawienia tego, co 460 posłów i 100 senatorów bezczelnie zniszczyło. Bagatelizujecie ludzi takich jak ja.
Młodzi w Polsce to plaga- tak nas traktujecie. Siedzicie przy korycie i spoglądacie niekiedy na nas- pasożytów- walczących o to, co wam wypadnie przypadkiem z pyska. Nie mamy przyszłości, bo wy ją nam wydarliście, gloryfikując nepotyzm, znajomości i starych wyjadaczy, którzy do śmierci będą się bogacić, byle tylko nie oddawać stołka młodym.
Nie obchodzą nas słupki, nie dbamy o to, czy nasz rozwój gospodarczy będzie sięgał dna, czy 100%, chcemy wieść normalne życie. Chcemy jeździć na drogie wakacje, jeździć dobrymi samochodami, dokonywać korzystnych zakupów, ale nie możemy, bo wszystko to, co zarobimy, oddajemy wam. A wy trwonicie to, rozdając sobie premie. Poseł dla mnie to nie jest zawód, lecz misja, więc nie powinniście widzieć złamanego grosza za podnoszenie rąk i naciskanie guzika na Wiejskiej. Jesteście niedostępną elitą, hermetycznym środowiskiem, którego bramy otwierają się na ułamek sekundy co cztery lata.
Zabieram głos w imię pokolenia, które możliwe, że nie dostąpi łaski emerytury. Prędzej zarobimy się na śmierć w podrzędnych firmach, niż odpoczniemy na starość. Często podróżuję na trasie Poznań- Częstochowa, i nierzadko obserwuję niemieckich emerytów, których stać jest na wojaże. W kieszeniach noszą najnowsze modele smartfonów, słuchawki mają podłączone do drogich odtwarzaczy MP3, zaczytani są w periodykach kosztujących nawet 10 euro. Wcześniej uczciwie pracowali, wychowywali dzieci, oszczędzali, a teraz, na starość, mają czas, pieniądze i możliwość, by wreszcie coś z tego życia mieć. W Polsce na emeryturze wiedzie się wegetację, ponury byt uzależniony od wizyt listonosza z kopertą.
Jest was pięciuset sześćdziesięciu. "Wybrańcy Narodu", którzy nie radzą sobie z najprostszymi przeciwnościami, bo nie mają na to czasu, angażując się w międzypartyjne konflikty. Nie obchodzi nas wasze nazwisko, ani ugrupowanie, które reprezentujecie- macie NAM ułatwiać życie. Po to zaangażowaliście się w politykę, żeby to zadanie wypełniać, jeżeli się z tym nie zgadzacie, to won z parlamentu, chętnie wejdziemy na wasze miejsce i weźmiemy sprawy w swoje ręce.
Żyjecie jak paniska, macie do dyspozycji samochody, samoloty, biura, urzędy, podczas kiedy my zapieprzamy za 1 600 złotych, żeby przeżyć. Zapłatę winno się otrzymywać za dobrze wykonaną pracę, zgodnie z tą teorią nie otrzymalibyście od nas nawet złotówki. Akcyza, podatki i opłaty zżerają nasze fundusze, które w magiczny sposób przeistaczają się w wasze pensje. Mamy tego dosyć.
Życzę wam, żebyście upadli. Żebyście poczuli, jak to jest odmawiać sobie przyjemności w imię wyższych celów, i nie mieć z tej sytuacji wyjścia. Jesteście bandą darmozjadów, których sukcesem jest przecinanie wstęg i uściskanie dłoni zagranicznych polityków. Wy politykami nie jesteście, bo siedzicie w zielonych ławach dla pieniędzy.
Ludzie umierają z głodu na ulicy, a wy w sejmie podejmujecie temat legalizacji związków homoseksualnych. Polacy tracą firmy i majątki przez wasz bezduszny system, a wy podejmujecie polemikę w sferze legalizacji narkotyków. Jesteście żałośni.
Wielu moich rówieśników zgodzi się ze mną, że gdyby cała wasza świta odeszła, a taki niewykształcony gówniarz jak ja zasiadł na waszych miejscach, to zrobiłbym więcej w rok, niż wy w dekadę, bo myślałbym o ludziach, a nie o własnych interesach. W nosie miałbym rozwój gospodarczy i słupki mierników ekonomicznych, bo człowiek dla mnie jest istotą najważniejszą. Sprzedałbym wszystkie nieruchomości i spółki państwowe, jeżeli miałbym pewność, że uratuje to życie zwykłych ludzi. Polacy muszą mieć albo 100, albo 0 procent demokracji. Albo każdy z nas będzie miał możliwość podejmowania autonomicznych decyzji w swoim imieniu, albo będę się modlił o polskiego Adolfa Hitlera, czy Kim Jong Una, żeby zaprowadził porządek wszelkimi sposobami. Wolałbym być rządzony twardą ręką, ale skutecznie, niż oszukiwany przez was- darmozjadów i laików.
Już niebawem kolejna część.
Umieramy. Z głodu, z zapracowania, z nerwów, z chorób, z uzależnień. Niedługo już nie będziecie mieli kim władać, poza prezesami firm, właścicielami aptek i banków. Jeżeli nas zabraknie, to wy będziecie następni, bowiem bez klasy niższej i średniej nie wytworzycie dostatecznego PKB.
Studiuję kierunek pozornie bez przyszłości- politologię. Tę samą, która naucza o mechanizmach rządzących krajem, tę samą, która opiera swoje założenia na historii całego świata, tę samą, która znajduje złote środki na kryzysy w oparciu o wiedzę poprzednich pokoleń. Tę samą, która utożsamiana jest z bezrobociem, przez ludzi takich jak wy- wielkich historyków, prawników i ekonomistów, którzy trwonią wszystko to, czego się nauczyli, którzy marnują każdy nasz sukces. Macie po 40-50 lat, niby kieruje wami doświadczenie, a ja- jako gówniarz- mam więcej do powiedzenia o funkcjonowaniu Polski niż wy. Pewnie po studiach zasilę szeregi jednej z restauracji fast food, a w głowie wciąż będę miał prosty plan naprawienia tego, co 460 posłów i 100 senatorów bezczelnie zniszczyło. Bagatelizujecie ludzi takich jak ja.
Młodzi w Polsce to plaga- tak nas traktujecie. Siedzicie przy korycie i spoglądacie niekiedy na nas- pasożytów- walczących o to, co wam wypadnie przypadkiem z pyska. Nie mamy przyszłości, bo wy ją nam wydarliście, gloryfikując nepotyzm, znajomości i starych wyjadaczy, którzy do śmierci będą się bogacić, byle tylko nie oddawać stołka młodym.
Nie obchodzą nas słupki, nie dbamy o to, czy nasz rozwój gospodarczy będzie sięgał dna, czy 100%, chcemy wieść normalne życie. Chcemy jeździć na drogie wakacje, jeździć dobrymi samochodami, dokonywać korzystnych zakupów, ale nie możemy, bo wszystko to, co zarobimy, oddajemy wam. A wy trwonicie to, rozdając sobie premie. Poseł dla mnie to nie jest zawód, lecz misja, więc nie powinniście widzieć złamanego grosza za podnoszenie rąk i naciskanie guzika na Wiejskiej. Jesteście niedostępną elitą, hermetycznym środowiskiem, którego bramy otwierają się na ułamek sekundy co cztery lata.
Zabieram głos w imię pokolenia, które możliwe, że nie dostąpi łaski emerytury. Prędzej zarobimy się na śmierć w podrzędnych firmach, niż odpoczniemy na starość. Często podróżuję na trasie Poznań- Częstochowa, i nierzadko obserwuję niemieckich emerytów, których stać jest na wojaże. W kieszeniach noszą najnowsze modele smartfonów, słuchawki mają podłączone do drogich odtwarzaczy MP3, zaczytani są w periodykach kosztujących nawet 10 euro. Wcześniej uczciwie pracowali, wychowywali dzieci, oszczędzali, a teraz, na starość, mają czas, pieniądze i możliwość, by wreszcie coś z tego życia mieć. W Polsce na emeryturze wiedzie się wegetację, ponury byt uzależniony od wizyt listonosza z kopertą.
Jest was pięciuset sześćdziesięciu. "Wybrańcy Narodu", którzy nie radzą sobie z najprostszymi przeciwnościami, bo nie mają na to czasu, angażując się w międzypartyjne konflikty. Nie obchodzi nas wasze nazwisko, ani ugrupowanie, które reprezentujecie- macie NAM ułatwiać życie. Po to zaangażowaliście się w politykę, żeby to zadanie wypełniać, jeżeli się z tym nie zgadzacie, to won z parlamentu, chętnie wejdziemy na wasze miejsce i weźmiemy sprawy w swoje ręce.
Żyjecie jak paniska, macie do dyspozycji samochody, samoloty, biura, urzędy, podczas kiedy my zapieprzamy za 1 600 złotych, żeby przeżyć. Zapłatę winno się otrzymywać za dobrze wykonaną pracę, zgodnie z tą teorią nie otrzymalibyście od nas nawet złotówki. Akcyza, podatki i opłaty zżerają nasze fundusze, które w magiczny sposób przeistaczają się w wasze pensje. Mamy tego dosyć.
Życzę wam, żebyście upadli. Żebyście poczuli, jak to jest odmawiać sobie przyjemności w imię wyższych celów, i nie mieć z tej sytuacji wyjścia. Jesteście bandą darmozjadów, których sukcesem jest przecinanie wstęg i uściskanie dłoni zagranicznych polityków. Wy politykami nie jesteście, bo siedzicie w zielonych ławach dla pieniędzy.
Ludzie umierają z głodu na ulicy, a wy w sejmie podejmujecie temat legalizacji związków homoseksualnych. Polacy tracą firmy i majątki przez wasz bezduszny system, a wy podejmujecie polemikę w sferze legalizacji narkotyków. Jesteście żałośni.
Wielu moich rówieśników zgodzi się ze mną, że gdyby cała wasza świta odeszła, a taki niewykształcony gówniarz jak ja zasiadł na waszych miejscach, to zrobiłbym więcej w rok, niż wy w dekadę, bo myślałbym o ludziach, a nie o własnych interesach. W nosie miałbym rozwój gospodarczy i słupki mierników ekonomicznych, bo człowiek dla mnie jest istotą najważniejszą. Sprzedałbym wszystkie nieruchomości i spółki państwowe, jeżeli miałbym pewność, że uratuje to życie zwykłych ludzi. Polacy muszą mieć albo 100, albo 0 procent demokracji. Albo każdy z nas będzie miał możliwość podejmowania autonomicznych decyzji w swoim imieniu, albo będę się modlił o polskiego Adolfa Hitlera, czy Kim Jong Una, żeby zaprowadził porządek wszelkimi sposobami. Wolałbym być rządzony twardą ręką, ale skutecznie, niż oszukiwany przez was- darmozjadów i laików.
Już niebawem kolejna część.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)