Idealnie wyważona panoramiczna opowieść o losach pięciu studentów Uniwersytetu Harvarda. Z założenia prosta fabuła, z rozdziału na rozdział staje się coraz głębiej przeplatającą się sagą, która w ostateczności spaja wszystkich bohaterów w tym samym życiowym momencie. Każdy z nich ma swoje plany i marzenia, które ma zamiar wypełnić za pomocą papieru ukończenia Harvarda. Nakreślona przez Segala charakterystyka bohaterów pozwala dojrzeć ogromne różnice między każdym z nich- biedny uchodźca z komunistycznych Węgier, utalentowany mistrz fortepianu, syn ubogiego greckiego emigranta, tenisista z dobrego domu i kontynuator długiej linii absolwentów ze swojej rodziny to pięć różnych postaci, które potrafią bawić, smucić, ale- co najważniejsze- pokazują najgorszego wroga swoich marzeń: życie.
Dzieje powyższych bohaterów poznawać będziemy od dnia ich wstąpienia w mury Alma Mater, aż po 25. Zjazd Absolwentów, z krótkimi wstawkami na temat ich historii sprzed głównego nurtu wydarzeń. Początkowo trudny układ jeden bohater-jeden rozdział, pod koniec wspaniale łączy się z pozostałymi, tworząc logiczną i spójną układankę, podczas której czytelnik może wyciągnąć wiele wniosków. Książka obfituje w sentencje, które spokojnie mogłyby służyć jako życiowe motto, nie będąc pseudofilozoficznymi chłamami pokroju autorstwa Paolo Cohelo. Niektóre akapity czyta się parokrotnie, za każdym razem sprawdzając, czy przeczytane za pierwszym razem w pośpiechu, mają ten sam wydźwięk za każdym razem.
Okazuje się, że bohaterowie zaślepieni zdobywaniem kolejnych szczebli kariery, staczają się następnie po równi pochyłej swojej próżności. Upatrywali swój sukces w rzeczach przemijających, w przeciwieństwie do tych, którzy zawsze szanowali uczucia, innych ludzi i samego siebie. Erich Segal uczy, jak łatwo los ingeruje w człowieka, który jeszcze wczoraj był dumnym Amerykaninem, a dzisiaj leży pochowany na izraelskim cmentarzu wojskowym. Ukazuje kruchość ludzkich wyborów, ich bezsilność wobec szczęścia. Pozornie wspaniale dobrane małżeństwo kończy się separacją, a początkowo sielankowy byt przemienia się w koszmar.
"Absolwenci" to pozycja dla każdego, kto wątpi w swoją wartość. Pokazuje, że nie zawsze pieniądze dają szczęście, a rodzina i przyjaciele to najcenniejsze dary, jakie można sobie samemu sprezentować. Przekonała się o tym piątka absolwentów, których dążenia często zmieniały się o 180 stopni, część przetrwała presję, reszta nie podołała, i musiała odejść. Jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania książki Segala zastanawiałem się, czy dobrze żyję. Każdy z Was zada sobie to pytanie w tym momencie.
Polecam po stokroć.
MUZYKA: "THE 20/20 EXPERIENCE" Justin Timberlake
O kondycję Justina Timberlake'a można było być spokojnym, bo po genialnej „FutureSex/LoveSounds” artysta nieprzerwanie piął się w górę. Postawił sobie jednak poprzeczkę na tyle wysoko, że o „The 20/20 Experience” można powiedzieć jedynie, że jest przyzwoita.
Trudno uwierzyć, że tak znany i lubiany artysta jak Justin Timberlake wydał swoją zaledwie trzecią studyjną płytę. „The 20/20 Experience”, oczekiwana ponad siedem lat, okazała się krążkiem nader dojrzałym, jak na specyfikę muzyki r'n'b. Owa dojrzałość cechuje się w przypadku JT odejściem od standardowych tanecznych kawałków na rzecz utworów bardziej radiowych. Oczywiście nie należy się spodziewać ambitniejszych tekstów, bo nie o to w tych rytmach chodzi, lecz zastosowanie dotychczas abstrakcyjnych jak na r'n'b instrumentów, takich jak fortepian, skrzypce czy trąbka, służy definitywnie podniesieniu klasowości słuchowiska.
„The 20/20 Experience” przesłuchałem co najmniej 150 razy, a za każdym kolejnym naciśnięciem klawisza play odnajdywałem coś nowego i godnego uwagi, co w ostatecznym rozrachunku nakreślało obraz Justina Timberlake'a jako króla rytmów r'n'b i księcia popu. Zagadką pozostawał jednak jego producent, a prywatnie przyjaciel- Timbaland. O ile jego autorskie krążki „Shock Value vol. I & II” były bardzo dopracowane, o tyle można było mu zarzucić powoli wyczerpujące się pomysły na artystów, którym w teorii miał pomagać (chociażby Nelly Furtado). Timbaland jednak pewnie stanął na straży każdego dźwięku, jaki wydobywa się na „The 20/20 Experience”, i sobie z tym zadaniem definitywnie poradził. Jedyne, co można było zarzucić obu panom, to zaangażowanie rapera Jaya-Z do utworu „Suit & Tie” (dobrze, że jedynie do niego). Prywatnie partner Beyonce, a z zawodu producent był dla mnie ciosem, jako że ugodził w tę piękną taneczną piosenkę swoim monologiem mówionych do rytmu słów, przez co „Suit & Tie” lepiej przewinąć, gdy kończy śpiewać Timberlake. Poproszenie o „pomoc” Jaya-Z było zagrywką wybitnie komercyjną, bo gdy wspominam, co zrobił z „Infinity On High” zespołu The Fall Out Boy, dochodzę do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby w ogóle na krążku się nie pojawił.
Niektórzy krytycy zarzucali Justinowi Timberlake'owi brak rewolucyjnych zabiegów na „20/20”, a z tym zgodzić się można jedynie częściowo. Artysta zastosował znane z poprzedniej produkcji intro i outro niektórych utworów, które diametralnie potrafią zmienić rytm i klimat, przez co sama „piosenka właściwa” może nie zachwycić, lecz jej „otoczenie” przypasować zdaje się każdemu entuzjaście gatunku. Już samo dodanie wcześniej wspomnianych instrumentów orkiestrowych nadaje całej produkcji nowego brzmienia, tak bardzo niepodobnego do dotychczasowego dorobku artystów r'n'b i pop.
„The 20/20 Experience” to klasa wyżej i wybitne słuchowisko, lecz pod względem tego, do czego Justin nas przyzwyczaił, nie umywa się do poprzedniczki - „FutureSex/LoveSounds”, która na mojej półce piastuje miejsce niemal królewskie. Chociaż krążek zdaje się czerpać inspiracje z fuzji dawnych produkcji, pozostaje jednak płytą bardzo świeżą i taką...inną. Justin dorósł, to już nie jest ładny chłopiec z loczkami na głowie, jakiego znamy z „Justified”, ale dojrzały mężczyzna z klasą przyodziewający idealnie skrojone garnitury i muszki. I taka też jest „The 20/20 Experience”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz