W tych czasach najbardziej kasowe produkcje filmowe to zlepek wszystkich możliwych wizji przyszłości. Od zagłady ludzkości za pomocą obcych związków chemicznych, ataku najeźdźców z kosmosu, walk ras, a na piosenkach Pet Shop Boys kończąc. Czy kino fabularne odchodzi do lamusa?
Musi się dziać, muszą być wybuchy, bronie o skomplikowanych nazwach, potężny wróg, oraz garstka (albo nawet nie) osób, które muszą uratować ludzkość przed wyginięciem. Kino staje się nudne, jeżeli repertuar opiera się na produkcjach w głównej mierze futurystycznych. Powoli dajemy się przekonać, że filmy zmieniają się razem z nami, a od głównego nurtu często nie znajdziemy wybawienia. Jedyną zaletą takiego obrotu sprawy jest zaniechanie dalszych ekranizacji powieści Pani Grocholi, która, chociaż spod jej pióra powstają dość przyzwoite powieści, wydaje się być głucha i ślepa wobec totalnie przesłodzonych i momentami fatalnych filmów na kanwie jej książek. Scenarzyści karmią nas banalnymi historyjkami, cholernie przewidywalnymi, w których głównymi bohaterami nie są nazwiska aktorów na liście płac, lecz - a jakżeby inaczej - miłość. Ale z czasem lepiej jest obejrzeć polską pościelówę, niż po wtóry raz wybrać się do kina na rozwalankę z walką o życie ludzkości w tle. Osobiście za jedyny film powstały w XXI wieku, który godnie reprezentuje gatunek science fiction uważam disneyowską baję "WALL-E". Tylko te dialogi jakieś słabe...
Od jakiegoś czasu jesteśmy zalewani filmami o tematyce "ludzkość jest w niebezpieczeństwie w roku 2361, naszą ostatnią nadzieją jest jeden człowiek...", a zupełną niszą stają się dramaty, którymi karmi nas chociażby Polsat, w przerwie reklam. Nie mówię tu o "Pulp Fiction", którego domniemanego geniuszu najnormalniej w świecie nie zrozumiałem. Może nie potrafię dostrzec niczego nadzwyczajnego w historii o dwóch gangsterach, z czego jeden przypomina sobie tam swoją rolę w "Grease" na parkiecie w klubie, a gra toczy się o tajemniczy czarny neseser. Może nie dorosłem do tego rodzaju poczucia humoru. Może wymagam od filmu czegoś więcej, niż tylko światowej sławy nazwiska reżysera. Może jestem ignorantem i idiotą - to już pozostawiam do rozstrzygnięcia Czytelnikowi.
Albo tak lansowana pozycja, jaką jest "Trzy metry nad niebem", w której śródziemnomorskie ciacho, rodzaj osłodzonego bad boya jeżdżącego na fajnym motorze, nagle zakochuje się w dziewczynie tak przeciętnej, jak Marcin Najman. No, popłakałem się, toż to piękna historia, której nikt by nie wymyślił. Przepraszam najmocniej, ale film o kolesiu w czarnym podkoszulku, który traktuje kobiety z mniejszym szacunkiem, niż ja cyganów, w dodatku nie mającym w ogóle oczu, gdy się uśmiecha, całkowicie do mnie nie trafia.
Był "Avatar". Był "Transformers". Teraz jeszcze jakieś "Elisium", czy inne strzelanki w kosmosie z Valem Kilmerem, ło Jezu. Gdybym miał wymienić historyczny epizod, którego nazwa nawiązuje do tych tytułów, na myśl przychodzi mi tylko nihil novi. Albo Holocaust.
Ostatnio obejrzałem norweskie "Polowanie" z moim ulubionym Madsem Mikkelsenem. Film nie był nawet w połowie tak napompowany medialnie jak "Avatar", ale gdybym na bezludnej wyspie miał dwa filmy na dvd, to poza "The Very Best of Brazzers", wziąłbym ten pierwszy. Z pudełka od "Avatara" zrobiłbym deskę do prasowania, a z płyty lusterko. Żałuję, że do kin chodzi się teraz na filmy (tu zbereźnicy postawiliby kropkę) science fiction, a nie na małe, skromne dramaty, sensacje i komedie. Przytłoczeni potworami, kosmitami, laserami i reklamami podpasek z aloesowym paskiem, dalej jesteśmy karmieni futurystyczną papką o nikłym przesłaniu. I wciąż sobie na to pozwalamy.
W Polsce są jeszcze tacy ludzie jak Pan Wojciech Smarzowski, który nie ubarwia, nie przyprawia, ani nie urozmaica - jest Mariuszem Max Kolonko polskiego filmu - pokazuje, jak jest. Gdy mój bliski znajomy, Michał, powiedział w prywatnej rozmowie, że nie rozumie "Drogówki", w moim mózgu powstał obraz człowieka, który nie rozumie słów dłuższych, niż dwie sylaby. Smarzowski ma dar prostego przekazywania skomplikowanych problemów, jeżeli ktoś ma je podane na tacy, a wciąż ich nie pojmuje, to już chyba nigdy nie osiągnie dwucyfrowego wyniku na testach IQ.
Smutek i rozgoryczenie bierze, gdy w kinowym repertuarze brylują same produkcje, które kręcono na zielonym ekranie, a potem nałożono komputerowe efekty. Chciałbym jeszcze kiedyś obejrzeć dobry dramat, komedię, czy sensację, może nawet na kanwie powieści Deavera, czy Ludluma. Chyba sam się za to wezmę, jak tylko zacznę zarabiać więcej, niż najniższą krajową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz